Kiedy się obudziłam dom był już pusty. Gabriela zostawiła mi
kartkę w kuchni, że obiad mam w lodówce i żebym pamiętała o matmie. No jakbym
mogła kurwa zapomnieć. Przecież świadomość, że zjebałam swoje życie nawiedzała
mnie w każdej sekundzie od wczorajszego dnia. Otworzyłam lodówkę, Gabi jak
zwykle zadbała, żeby nie była pusta. Mimo, że jedzenie wylewało się z półek, to
nie było co jeść. Zrobiłam tylko kawę i powłócząc nogami wróciłam na górę. W
pokoju panował totalny syf, nie wiem jak ja mogłam tam mieszkać. Nie mieściło
mi się to w głowie. Chciałam posprzątać, naprawdę, ale jak zwykle nie wyszło z
tego nic. Rzuciłam się na łóżko z zeszytem, książką od matmy i długopisem. Minął
kolejny dzień a ja śleńczałam nad ta matmą. Zrobiłam 70 zadań. Starczy na
dzisiaj. Zamknęłam zeszyt, w który włożyłam książkę i długopis i rzuciłam pod
ścianę. Obróciłam się na plecy i wpatrywałam w sufit. Mój wzrok przykuło
zdjęcie rodziców w ramce na półce. I co? Jesteście mną zawiedzeni, co? Nie
dziwię wam się. Pewnie się teraz w grobie przewracacie widząc co tu się dzieje.
W sumie to macie fajnie, że nie musicie się tym wszystkim przejmować. Też bym
tak chciała. Ale niestety muszę udźwignąć to co spieprzyłam. Jutro czekała mnie
ostatnia chemia, miałam nadzieję, ze żadnych przerzutów nie będzie, ale powoli
było mi już to wszystko obojętne. Przerzuty byłyby swego rodzaju ratunkiem
przed tym, a raczej ucieczką. Nie mogę przecież całe życie uciekać. Patrzyłam
na zdjęcie a po moich policzkach zaczęły cieknąć łzy. I co mi po was pozostało?
Ta jebana wrażliwość i przejmowanie się wszystkimi tylko nie sobą. Musiałam coś
zmienić, chciałam coś zmienić, tylko nie wiedziałam jeszcze, że moje życie
zmieni się aż do takiego stopnia. Chciałam się obrócić nałóż ku, ale nie
obliczyłam ile mi miejsca zostało i oczywiście musiałam się delikatnie mówiąc
spieprzyć i zaprzyjaźnić się z moim brudnym dywanem. W ogóle największym błędem
było kładzenie dywanu w moim pokoju. Pełno farb, rozpuszczalników, czyli
wszystkiego co zagraża dobremu wyglądowi
dywaniku. Ale cóż, Gabi chciała, żeby w każdym pokoju był miękki dywan. To ma
uwalony farbami. Podniosłam się na rękach. Koniec tego dobrego. Stanęłam na
wyprostowanych nogach, przeciągnęłam się i rozejrzałam po pokoju. Usilnie
próbowałam wymyślić co by ze sobą teraz zrobić, ale pomysłu mi brakowało, a
cztery ściany tego nie ułatwiały. Postanowiłam dzisiaj też wyjść z domu, mimo
widocznego szlabanu od siostry. Zresztą cholera, jestem dorosła! Z jakiej racji
mam jeszcze szlaban? Bo co? Bo matury nie zdałam? Dobra, to był dobry powód,
ale ćśśś… Spojrzałam na siebie w lustrze na przedpokoju. Czarne legginsy,
czarna szeroka koszula do połowy uda, złoty łańcuszek z kotem na szyi, ok.
Tradycyjny makijaż, eyeliner, czerwona szminka, ciężkie buty na motor na nogi i
w miasto. Przez ramię przewiesiłam swoją ulubioną torbę lnianą i ruszyłam przed
siebie. Powoli mijałam uliczki starego miasta. Nie wiem, czemu ale nogi ciągnęły
mnie w jedną stronę, miejsce, które nie powinno mi się podobać, ale było
inaczej. Niedaleko wydziału grafiki na ASP jest mnóstwo knajpek. Wieczorami
jest tam niebezpiecznie i o tym wiedzieli wszyscy mieszkańcy miasta. Światło
latarni oświetlało chodniki i martwe ulice. Z podniesioną głową parłam do
przodu zamyślona. Na murach widać już było obskurne i chamskie graffiti. Pod
nimi leżało już mnóstwo meneli i jak mi się wydawało ćpunów i prostytutek.
Weszłam do baru, gdzie drzwi przypominały wejście do lochów. W środku klimat
był podobny. Zamiast żyrandoli zwisały kołowrotki, w które powtykano świece, ze
ścian spływało coś na wzór krwi, drewniane krzesła, okrągłe stoły. Zabawa
trwała już dość długo, bo pod stołami już leżały jakieś ciała, przelewały się
przez stoły, krzesła, a ktoś nawet zwisał z żyrandola. Przypominało mi to trochę
obraz Bruegela. Katem oka zobaczyłam czerwono- włosą dziewczynę . trochę
młodszą ode mnie. Cała ubrana na czarno. Czane skórzane spodnie, czarna
ramoneska z ćwiekami, glany, pieszczochy na nadgarstkach, ciężko podkreślone oczy,
a w dłoniach szkicownik. To jedyna rzecz, która zachęciła mnie do podejścia do
tej laski. Przerażała mnie ale jednocześnie fascynowała. Gdy do niej podeszłam
spojrzała na mnie spode łba i nieprzytomnym wzrokiem zaczęła mówić.
- Siadaj ze mną. Co cie tu sprowadza w tę upiorną część
miasta? – zapytała, a mnie przeszedł dreszcz po plecach. Tak właściwie sama
powinnam zadać sobie to pytanie. Co mnie tu przygnało?
- Nie wiem. Nogi same mnie tu przyprowadziły, ostatnio żyją
swoim życiem- mówiłam ciągle przypatrując się jak na kartce powstaje mój
portret z drobnymi zmianami, taki jak duże oczodoły, bardziej niż zwykle
roztrzepane włosy, bardziej uwydatnione czerwone usta i powiększone moje
kolczyki z kości słoniowej. Ten portret mógł się każdemu wydawać jak jakiś bohomaz,
ale dla mnie był niesamowity. Jak ja bym chciała mieć taką wyobraźnie. Nie ja
po prostu sobie rysowałam długopisem i dodawałam kolorowe tło z mnóstwem
okręgów lub ślimaczków lub bąbelkami jak jebnięta. Taaa i po co? Dziewczyna
spod swojej czerwonej grzywy patrzyła na mnie jak na jakiegoś odmieńca. Dziwnie
się z tym czułam.
- Wiesz, że czeka cię śmierć?- spytała jadowitym tonem, tak,
że aż się wyprostowałam na krzesełku, zobaczyła moją reakcję i się roześmiała
- Co cie tak śmieszy do cholery?- spytałam przez zęby
- Z każdym zaczynam tam znajomość, a ty przebiłaś
wszystkich. Przynajmniej nie uciekłaś jak wszyscy. Jestem Karo, artystka i tak,
ciągle gadam o śmierci ale to dlatego, ze mój ojciec jest grabarzem, więc wiem
o tym więcej niż możesz sobie wyobrazić- podała mi rękę i podeszła do baru.
Wróciła z dwoma kuflami brązowego płynu z pianą. – No pokaż na co cię stać
maleńka
Pociągnęłam potężnego chausta i od razu zrobiło mi się lepiej.
Z torby wyjęłam szkicownik, długopis i zaczęłam działać. Na kartce coraz
szybciej pojawiała się postać dziewczyny siedzącej na wprost. Jej czarne oczy
były genialne do rysowania. Po chwili portret był gotowy, a kufle opróżnione. Nie
zauważyłam kiedy, ale już przede mną stał kolejny kufel napełniony po brzegi trunkiem.
Ktoś podszedł do mnie częstując mnie papierosem. Mimo, że nie paliłam nie
miałam już oporów, żeby zapalić. Z chwili na chwilę czułam się coraz bardziej
wyluzowana, nie wiem nawet kiedy znalazłam się w objęciach jakiegoś wysokiego
blondyna z dredami. Jego dłoń błądziła po moich plecach, druga była zaplątane
we włosy. Całował mnie tak jakby znał mnie, jakby wiedział co lubię i czego
nienawidzę. Nie skupiałam się na uczuciu, czy go kocham, czy znam, po prostu
ważna dla mnie była wtedy chwila. To, że wspaniale się bawiłam. Za rękę
pociągnęła mnie Karo. Lekko zakręciło mi się w głowie i próbowałam złapać równowagę.
Rozłożyłam ręce tak jakbym łapała tą równowagę stojąc na jakiejś linie, albo
lądując z telemarkiem. Co się ze mną dzieje? Myślałam, ale to coraz bardziej mi
się podobało i było mi mało. Sięgnęłam po kolejny kufel, ale usłyszałam tylko
słowa rudowłosej
- Zostaw, mam dla ciebie coś lepszego….
Za każdy komentarz pozytywny badz negatywny bardzo dziękuje :)