środa, 9 lipca 2014

Rudowłosa



Kiedy się obudziłam dom był już pusty. Gabriela zostawiła mi kartkę w kuchni, że obiad mam w lodówce i żebym pamiętała o matmie. No jakbym mogła kurwa zapomnieć. Przecież świadomość, że zjebałam swoje życie nawiedzała mnie w każdej sekundzie od wczorajszego dnia. Otworzyłam lodówkę, Gabi jak zwykle zadbała, żeby nie była pusta. Mimo, że jedzenie wylewało się z półek, to nie było co jeść. Zrobiłam tylko kawę i powłócząc nogami wróciłam na górę. W pokoju panował totalny syf, nie wiem jak ja mogłam tam mieszkać. Nie mieściło mi się to w głowie. Chciałam posprzątać, naprawdę, ale jak zwykle nie wyszło z tego nic. Rzuciłam się na łóżko z zeszytem, książką od matmy i długopisem. Minął kolejny dzień a ja śleńczałam nad ta matmą. Zrobiłam 70 zadań. Starczy na dzisiaj. Zamknęłam zeszyt, w który włożyłam książkę i długopis i rzuciłam pod ścianę. Obróciłam się na plecy i wpatrywałam w sufit. Mój wzrok przykuło zdjęcie rodziców w ramce na półce. I co? Jesteście mną zawiedzeni, co? Nie dziwię wam się. Pewnie się teraz w grobie przewracacie widząc co tu się dzieje. W sumie to macie fajnie, że nie musicie się tym wszystkim przejmować. Też bym tak chciała. Ale niestety muszę udźwignąć to co spieprzyłam. Jutro czekała mnie ostatnia chemia, miałam nadzieję, ze żadnych przerzutów nie będzie, ale powoli było mi już to wszystko obojętne. Przerzuty byłyby swego rodzaju ratunkiem przed tym, a raczej ucieczką. Nie mogę przecież całe życie uciekać. Patrzyłam na zdjęcie a po moich policzkach zaczęły cieknąć łzy. I co mi po was pozostało? Ta jebana wrażliwość i przejmowanie się wszystkimi tylko nie sobą. Musiałam coś zmienić, chciałam coś zmienić, tylko nie wiedziałam jeszcze, że moje życie zmieni się aż do takiego stopnia. Chciałam się obrócić nałóż ku, ale nie obliczyłam ile mi miejsca zostało i oczywiście musiałam się delikatnie mówiąc spieprzyć i zaprzyjaźnić się z moim brudnym dywanem. W ogóle największym błędem było kładzenie dywanu w moim pokoju. Pełno farb, rozpuszczalników, czyli wszystkiego  co zagraża dobremu wyglądowi dywaniku. Ale cóż, Gabi chciała, żeby w każdym pokoju był miękki dywan. To ma uwalony farbami. Podniosłam się na rękach. Koniec tego dobrego. Stanęłam na wyprostowanych nogach, przeciągnęłam się i rozejrzałam po pokoju. Usilnie próbowałam wymyślić co by ze sobą teraz zrobić, ale pomysłu mi brakowało, a cztery ściany tego nie ułatwiały. Postanowiłam dzisiaj też wyjść z domu, mimo widocznego szlabanu od siostry. Zresztą cholera, jestem dorosła! Z jakiej racji mam jeszcze szlaban? Bo co? Bo matury nie zdałam? Dobra, to był dobry powód, ale ćśśś… Spojrzałam na siebie w lustrze na przedpokoju. Czarne legginsy, czarna szeroka koszula do połowy uda, złoty łańcuszek z kotem na szyi, ok. Tradycyjny makijaż, eyeliner, czerwona szminka, ciężkie buty na motor na nogi i w miasto. Przez ramię przewiesiłam swoją ulubioną torbę lnianą i ruszyłam przed siebie. Powoli mijałam uliczki starego miasta. Nie wiem, czemu ale nogi ciągnęły mnie w jedną stronę, miejsce, które nie powinno mi się podobać, ale było inaczej. Niedaleko wydziału grafiki na ASP jest mnóstwo knajpek. Wieczorami jest tam niebezpiecznie i o tym wiedzieli wszyscy mieszkańcy miasta. Światło latarni oświetlało chodniki i martwe ulice. Z podniesioną głową parłam do przodu zamyślona. Na murach widać już było obskurne i chamskie graffiti. Pod nimi leżało już mnóstwo meneli i jak mi się wydawało ćpunów i prostytutek. Weszłam do baru, gdzie drzwi przypominały wejście do lochów. W środku klimat był podobny. Zamiast żyrandoli zwisały kołowrotki, w które powtykano świece, ze ścian spływało coś na wzór krwi, drewniane krzesła, okrągłe stoły. Zabawa trwała już dość długo, bo pod stołami już leżały jakieś ciała, przelewały się przez stoły, krzesła, a ktoś nawet zwisał z żyrandola. Przypominało mi to trochę obraz Bruegela. Katem oka zobaczyłam czerwono- włosą dziewczynę . trochę młodszą ode mnie. Cała ubrana na czarno. Czane skórzane spodnie, czarna ramoneska z ćwiekami, glany, pieszczochy na nadgarstkach, ciężko podkreślone oczy, a w dłoniach szkicownik. To jedyna rzecz, która zachęciła mnie do podejścia do tej laski. Przerażała mnie ale jednocześnie fascynowała. Gdy do niej podeszłam spojrzała na mnie spode łba i nieprzytomnym wzrokiem zaczęła mówić.
- Siadaj ze mną. Co cie tu sprowadza w tę upiorną część miasta? – zapytała, a mnie przeszedł dreszcz po plecach. Tak właściwie sama powinnam zadać sobie to pytanie. Co mnie tu przygnało?
- Nie wiem. Nogi same mnie tu przyprowadziły, ostatnio żyją swoim życiem- mówiłam ciągle przypatrując się jak na kartce powstaje mój portret z drobnymi zmianami, taki jak duże oczodoły, bardziej niż zwykle roztrzepane włosy, bardziej uwydatnione czerwone usta i powiększone moje kolczyki z kości słoniowej. Ten portret mógł się każdemu wydawać jak jakiś bohomaz, ale dla mnie był niesamowity. Jak ja bym chciała mieć taką wyobraźnie. Nie ja po prostu sobie rysowałam długopisem i dodawałam kolorowe tło z mnóstwem okręgów lub ślimaczków lub bąbelkami jak jebnięta. Taaa i po co? Dziewczyna spod swojej czerwonej grzywy patrzyła na mnie jak na jakiegoś odmieńca. Dziwnie się z tym czułam.
- Wiesz, że czeka cię śmierć?- spytała jadowitym tonem, tak, że aż się wyprostowałam na krzesełku, zobaczyła moją reakcję i się roześmiała
- Co cie tak śmieszy do cholery?- spytałam przez zęby
- Z każdym zaczynam tam znajomość, a ty przebiłaś wszystkich. Przynajmniej nie uciekłaś jak wszyscy. Jestem Karo, artystka i tak, ciągle gadam o śmierci ale to dlatego, ze mój ojciec jest grabarzem, więc wiem o tym więcej niż możesz sobie wyobrazić- podała mi rękę i podeszła do baru. Wróciła z dwoma kuflami brązowego płynu z pianą. – No pokaż na co cię stać maleńka
Pociągnęłam potężnego chausta i od razu zrobiło mi się lepiej. Z torby wyjęłam szkicownik, długopis i zaczęłam działać. Na kartce coraz szybciej pojawiała się postać dziewczyny siedzącej na wprost. Jej czarne oczy były genialne do rysowania. Po chwili portret był gotowy, a kufle opróżnione. Nie zauważyłam kiedy, ale już przede mną stał kolejny kufel napełniony po brzegi trunkiem. Ktoś podszedł do mnie częstując mnie papierosem. Mimo, że nie paliłam nie miałam już oporów, żeby zapalić. Z chwili na chwilę czułam się coraz bardziej wyluzowana, nie wiem nawet kiedy znalazłam się w objęciach jakiegoś wysokiego blondyna z dredami. Jego dłoń błądziła po moich plecach, druga była zaplątane we włosy. Całował mnie tak jakby znał mnie, jakby wiedział co lubię i czego nienawidzę. Nie skupiałam się na uczuciu, czy go kocham, czy znam, po prostu ważna dla mnie była wtedy chwila. To, że wspaniale się bawiłam. Za rękę pociągnęła mnie Karo. Lekko zakręciło mi się w głowie i próbowałam złapać równowagę. Rozłożyłam ręce tak jakbym łapała tą równowagę stojąc na jakiejś linie, albo lądując z telemarkiem. Co się ze mną dzieje? Myślałam, ale to coraz bardziej mi się podobało i było mi mało. Sięgnęłam po kolejny kufel, ale usłyszałam tylko słowa rudowłosej
- Zostaw, mam dla ciebie coś lepszego….


Za każdy komentarz pozytywny badz negatywny bardzo dziękuje :)

poniedziałek, 7 lipca 2014

Matura



- Anielkaaaaa!!!!!- słyszałam głos siostry z dołu- Anielaaaa wstawaj!!! Musisz iść do szkoły. Dzisiaj ostatni dzień. – nie reagowałam, i myślałam, że w końcu jej się znudzi jak zwykle. Niestety dzisiaj się pomyliłam. Obróciłam się na drugi bok i na głowę narzuciłam mój ulubiony koc z kotełkiem. Nie było sensu wstawać. Właśnie zawaliłam dwa pierwsze i najważniejsze egzaminy w moim życiu. Nie chciałam patrzeć na te szczęśliwe twarze moich byłych kolegów z klasy. Słuchać jak to podostawali się na łódzkie ASP z palcem w dupie. Mnie się zachciało Gdańska. Zachciało mi się kurwa. To teraz mam. Cudownie wprost. Jestem bezrobotną bez perspektyw na życie. Bo kto mnie niby przyjmie do pracy? Prawa jazdy brak, samochodu brak, doświadczenia brak….
- Aniela, do cholery wstawaj!- usłyszałam zdenerwowany głos Gabrielii. Zabrała mi z głowy koc, a mnie oślepiło światło. Mój odruch był taki sam jak co dzień, czyli zasłoniłam oczy rękoma i schowałam głowę pod poduszkę. –Anielka co się z tobą dzisiaj dzieje? – pytała zatroskana
- Nic! Właśnie zawaliłam swoje życie. Oblałam matmę- wykrzyczałam i wbiegłam do łazienki znajdującej się w moim pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Spojrzałam w lustro. Moje ciemnobrązowe włosy do ramion potargane były jak u jakiegoś menela, oczy podkrążone od płaczu. Dobra trzeba się ogarnąć, pomyślałam. Z półki zdjęłam mój peeling i obmyłam twarz. Ok., teraz wyglądam znośnie. Nałożyłam podkład, zrobiłam kreski na oczach, które robiłam już machinalnie i pomalowałam rzęsy. Na usta nałożyłam czerwoną szminkę, a na włosy założyłam turban maskując swoje przetłuszczone i potargane włosy. Wróciłam do pokoju, Gabi już w nim nie było. Spojrzałam na ściany. Ten pokój robiłam sama z siostrą. Pomalowałyśmy ściany na brązowo i jedną na beżowo. Na jednej ze ścian, nie wiem co mi odbiło zachciało mi się namalować koronkę. Za każdym razem ten widok mnie odprężał. W rogu koło dużego okna poustawiałam duże, drewniane, rzeźbione figury kotów. Prezent od kolegi z Zakopanego. Miałam do nich sentyment. W rogu naprzeciw okna panował totalny syf. Farby, kartony, ołówki, kredki, pędzle, szpachle, a nawet jakieś porwane płótna leżały pod ścianą w koronkę. Postanowiłam posprzątać tu jak wrócę ze szkoły. Z szafy wyjęłam swoją ulubioną czarną długą sukienkę wiązaną na szyi. Jedyne co w sobie lubiłam to właśnie nienaganna sylwetka z małymi piersiami i nogi. Założyłam baleriny, z biurka ściągnęłam torbę lnianą i ruszyłam do drzwi. Droga do szkoły dłużyła mi się niemiłosiernie. Serdecznie nienawidziłam tej budy, cieszyłam się, że to już koniec. Weszłam do sekretariatu, wypełniłam i wybiegłam tak, żeby mnie nikt nie zauważył. Nie udało się. Złapały mnie trzy dziewczyny chwaląc się jak im poszło i próbując przemaglować mnie. Z całej siły ściskałam się w środku, żeby się nie rozryczeć. Nic nie mówiąc wyszłam ze szkoły i spokojnie poszłam do mojego ulubionego spożywczaka po moje niezawodne piwo. Miodowa fortuna poprawiała mi humor zawsze, no prawie zawsze.
W domu nikogo nie było. Nasi rodzice nie żyją, a Gabi pewnie była jeszcze w pracy albo u swojego chłopaka. Zdjęłam z głowy turban, zrzuciłam buty i ruszyłam do mojego pokoju. Po drodze zabrałam lody czekoladowe. Usiadłam płacząc nad nimi, przepijając winem i fortuną. Po jakimś czasie mój poprawiacz humoru się skończył, więc postanowiłam pierwszy raz wyjść w miasto. Trafiłam do jakiegoś baru gdzie złapał mnie jakiś długowłosy chłopak mniej więcej w moim wieku. Zaciągnął mnie w jakiś ciemny zaułek i tam się wszystko zaczęło.
- Czego ode mnie chcesz?- zaczęłam krzyczeć na niego
- Hej Niunia, nie denerwuj się tak. Jesteś jedną z nas- zaczął tłumaczyć gardłowym głosem
- Jedną z was? O czym ty mówisz? I nie mów na mnie niuńka- mówiłam przez zaciśnięte zębyp
- Przy mnie się wyluzujesz
- Nie sądzę….- kręciłam z niedowierzaniem głową. Wyciągnął z kieszeni rzemień i strzykawkę. Przez chwilę przeszedł mnie dreszcz. Pamiętałam słowa Gabsona, jak opowiadała mi o tym jak jej poprzedni chłopak przedawkował, jak on się szybko uzależnił. Teraz nie myślałam o tym, chciałam, żeby wszystko ze mnie zeszło, żebym nie musiała myśleć o tych egzaminach, o zbliżającej się poprawce. Działka miała mi w tym pomóc. Na chwilę, ale dla mnie to już brzmiało jak zbawienie. Wyciągnęłam do niego lewą dłoń. Zacisnął na moim wątłym ramieniu czarny rzemień i z satysfakcją wbił igłę w żyłę. Po ciele zaczęła rozchodzić się chłodna, przyjemna substancja powodując odstresowanie i euforię. Wstałam i wróciłam do domu pełna spokoju. W staniku miałam kontakt do chłopaka, gdyby była mi potrzebna jeszcze jego pomoc. Przecież to było tylko jednorazowe. Koniec z tym. Od jutra trzeba się wziąć za tą jebaną matmę. Potknęłam się o butelkę, wepchnęłam ja pod łóżko, żeby siostra niczego nie zauważyła i wślizgnęłam się do łóżka. Było mi tak przyjemnie, i niczym nie przejmowałam. Powoli odpłynęłam w krainę snu.